[an error occurred while processing this directive] [PCI]Wileńskie ŻycieReportaże




Inicjatywy społeczne
Wileńskie Życie
Wilno i Wileńszczyzna
O serwisie








„Słoneczko”

Tak go nazwała, gdy tylko się poznali. Tak pieszczotliwie nazywa go też dziś, mimo że od tej chwili przeszło ponad dziesięć lat. Pierwsze uczucie nie tylko nie zblakło, wręcz odwrotnie - wygląda, że rozpala się z każdym dniem coraz bardziej, coraz namiętniej. Ale, tylko z jednej strony. Ze strony Liny.

Była maturzystką, kiedy na urodzinach u koleżanki po raz pierwszy zobaczyła Vytasa. Przystojny chłopiec, kilka lat od niej starszy, interesujący rozmówca - spodobał się od razu. Zakochała się i po kilku miesiącach znajomości oświadczyła: wychodzę za mąż. Na próżno rodzice próbowali perswadować: zaczekaj jeszcze kilka lat, jesteś taka młoda, masz przed sobą studia, poznacie się bliżej. Nie chciała niczego słyszeć, również tego, że Vytukas - zawsze o nim mówi pieszczotliwie i zdrobniale - od lat prawie pięciu po maturze, nic nie robi. Owszem, to w jednej pracy się zaczepił, to w drugiej, ale jakoś do niczego, jak mówił, serce mu nie lgnęło - stale poszukiwał siebie.
Rodzicom Liny nie pozostawało nic innego, tylko pobłogosławić związek małżeński i... wziąć na siebie całkowite utrzymanie młodej rodziny. Lina dostała się na studia, więc Vytukas też zaczął się „szykować" do nauki. Co prawda, nie mógł się ostatecznie zdecydować na jaką uczelnię, bo i malarstwo go pociągało, i język angielski, i...
Nawet próbował studiować - najpierw na jednej uczelni, potem na drugiej, ale dosłownie po półroczu oświadczał: nie, to nie dla mnie.

Na swoim

Na to nie mogła spokojnie patrzeć matka. „On cię wyzyskuje" - mówiła, ale Lina broniła męża jak lwica. Rodzice myśląc, że może rzeczywiście nie mają racji, zdecydowali - młodzi muszą mieszkać osobno.
Zebrali wszystkie oszczędności jakie mieli, trochę się zapożyczyli, byle tylko córce kupić mieszkanie. Ponieważ temu związkowi nie prognozowali nic dobrego - dokumenty zrobili na siebie. Nie bardzo to się spodobało Vytukasowi, ale cóż - głośno nie chciał się sprzeciwiać, tym bardziej, że najważniejsze było dla niego zamieszkać we własnym kącie. Trzeba przyznać, że miał sporo projektów co do jego urządzenia. Wszystko miało być naj... najlepsze. Tylko skąd wziąć pieniądze, aby jego projekty urzeczywistnić? Złościł się, kiedy Lina próbowała mu tłumaczyć, że na wszystko potrzebne są pieniądze. „Nie bądź prozaiczna i banalna!" - krzyczał.

Dzień powszedni

Na szczęście po ukończeniu nauki Lina otrzymała odpowiedzialną, ale popłatną pracę. Logicznie myśląca, doskonale mogąca poradzić innym, we własnym życiu była bezsilna. Co najważniejsze, absolutnie niczego złego nie widziała, jeżeli chodziło o męża. W tym, że zmieniał prace jak rękawiczki, że nigdzie długo nie zagrzał miejsca, że wylegiwał się do południa w łóżku, że synka - który w ich życiu się już pojawił - nie potrafił nawet zaprowadzić do przedszkola. Bo nie chciał. „Przecież ty i tak idziesz z rana do pracy, więc po drodze go zaprowadzisz" - motywował. Ano i prawda, przecież on ma rację - myślała.

Zachcianki

Vytukas stale był w poszukiwaniu. Ciągle miał nowe zachcianki. Najpierw miał być samochód. „Bo jak to mam być gorszy od innych" - tłumaczył. Lina nieco się zapożyczyła, trochę dopomogli rodzice i samochód stanął pod oknem ich mieszkania. Kiedy opowiedziała o nowym nabytku, koleżanki z pracy orzekły: no to świetnie, nie będziesz musiała z torbami w trolejbusie się obijać.
Ale ich prognozy się nie sprawdziły. Lina nadal do pracy jechała transportem miejskim, bo Vytukas z rana spał. Wieczorem lenił się jechać, bo latem dopiero co z plaży wrócił, zimą z nart...

„Wy mi po prostu zazdrościcie”

Mimo dobrych zarobków Liny pieniędzy ciągle brakowało. W domu zjawił się komputer, bo Vytukas chciał go opanować, potem podłączony został do Internetu, bo to światopogląd rozszerza. Najpierw Lina kupiła jeden telefon komórkowy mężowi, potem inny, bardziej nowoczesny. I oczywiście, płaciła wszystkie jego rachunki - za wyprawy do kawiarni, na bowling, do basenu, za benzynę...
Zadłużała się gdzie tylko mogła. Synkowi kupowała stare ubranie, ponoszone obuwie.

Wyprawa na wesele

Latem ubiegłego roku Lina przyszła do pracy i zaczęła liczyć, jakie czekają ją wydatki w związku ze zbliżającym się weselem siostry: bo Vytukasowi trzeba nowy garnitur sprawić i kilka nowych koszul, bo nie pojedzie przecież w używanych. Koleżanki znów docięły: to czy on się żeni, że tak go wystrajasz. Pożyczyły Linie co mogły - jedna bluzkę, druga naszyjnik, żeby wyglądała odpowiednio, bo na swoje ubranie nigdy nie miała pieniędzy. Czekały na wrażenia z wesela. W poniedziałek Lina była szczególnie milcząca, więc nie wytrzymały: no i jak tam bawiliście się na weselu?
Dobrze, ale jestem zmęczona, bo późno wróciliśmy z synkiem, a w autobusie było bardzo tłoczno.
W autobusie? A dlaczego nie jechaliście samochodem?
Bo Vytukas nie pojechał. Nie chciało mu się, wolał pojechać z kolegami na ryby.

Praca to nie dla mnie

Dwa razy miesięcznie „słoneczko" przychodzi do instytucji, w której pracuje Lina. Bo akurat są mu na coś potrzebne pieniądze. Lina z uśmiechem go spotyka i wydziela zawsze sumę, o którą prosi. Koleżanki nie wytrzymały i raz wprost go zapytały: a ty kiedy wreszcie sam zarobisz.
Ponad 100-kilogramowe „słoneczko” spojrzało na nich wszystkich i z rozbrajającym uśmiechem odparło: „Od pracy w naszej rodzinie jest Lina, ja jestem od przyjemności".
Ta przyjęła to jak najlepszy żart, a kiedy wyszedł, powiedziała: „Proszę was bardzo, nigdy nie mówcie mu nic nieprzyjemnego, bo ze mną się rozwiedzie. A bez niego żyć nie potrafię...".

„Kurier Wileński”, 2 lutego 2002 r.





Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych, 2001