![]() |
![]() |
|
|
|
|
Śliźniowie biją mu brawo
Gdyby dziś powstali z martwych Śliźniowie, byli właściciele położonego nieopodal
Orzełówki majątku Lubów, zastaliby na swych włościach jakże opłakane widoki. Pracując przez 8 lat w charakterze agronoma od nawożenia w byłym kołchozie „Pikieliszki" zdążył gołym okiem zobaczyć, na ile sztuczny to twór. Pierwsza przegrana bitwa Kiedy więc w końcu lat 80. z Moskwy dmuchnęło pieriestrojką, i kiedy zapalano
„zielone światło" przed czymś tak nowym, jak arendowanie ziemi u malowanych
królów, jakimi były kołchozy i sowchozy, Wojciulewicz zaraz się zgłosił. Wiele
zdrowia go kosztowało, by przekonać kołchozowych klerków w „Pikieliszkach",
ażeby zezwolili spróbować mu gospodarować samodzielnie, choć nadal pod ich
skrzydłem. Skrzyknąwszy do pomocy rodziców i wujka oraz wysoko podwinąwszy rękawy w
robocie w liczone miesiące na widoku u wszystkich ucierał nosa kołchozowi, którego
władza widząc, jak cielęta u Wojciulewicza rosną niczym na drożdżach, popadało w
wyraźne zakłopotanie i co rusz szukało powodów, by rozerwać umowę o arendzie.
Nastąpiło to już po roku. Zwrócił więc Wojciulewicz nieszczęsnemu kołchozowi 180
cielaków, które zdążyły urosnąć do kondycji okazałych bukatów, słysząc pokątne
chichoty zawistnych sąsiadów. A „arendator" wiedział, że przegrał bitwę, ale
nie wojnę w ogóle. Niczym Cygan Gdy jednak zaczęto zwracać ziemię i gdy inni już próbowali gospodarować na swoim,
Wojciulewicz jako „wrag naroda" wciąż obijał progi pamiętliwych urzędasów.
Aż wreszcie odmierzono mu 15,6 hektarów ojcowizny na własność. I popłynie mleczna rzeka Zacząwszy od 4 krów dojnych i paru prosiaków, już po kilku latach doprowadził
pogłowie do 36 krów i 70 warchlaków. I wtedy, kiedy na ich chów wyraźnie zaczęło
brakować miejsca, poczuł Wojciulewicz, że wyrasta z pobudowanej obory, jak się w
dziecińctwie wyrastało z kupowanych przez rodziców portek. Długo ważąc „za" i
„przeciw" podejmuje wyraźnie karkołomną decyzję: w roku 1998 przenosi się do
rozległej pokołchozowej obory w Lubowie, która świeciła pustkami. Wtedy też
postawił wyłącznie na chów bydła mlecznego, nadając gospodarstwu specjalistyczne
oblicze. Jak szybko? To będzie równie, a może przede wszystkim zależało od tego, na ile szanowne
państwo zechce w przyszłości hołubić wieśniaka. Na Zachodzie, gdzie rolnictwo jest
powszechnie dotowaną branżą gospodarek narodowych, każdy chętny uprawy roli lub
hodowli bydła może otrzymać na realizację zamysłu 5-procentowe kredyty, podczas gdy u
nas te sięgają procent 11. Albo to, że w roku mleko skupują po 60 centów za litr przy
kosztach oleju napędowego 1,80 Lt. W takiej sytuacji choćbyś na głowie stanął,
zysków się nie doliczysz. „Przyjaźń", 8-14 listopada 2001 r.
|
| Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych, 2001 | |