[an error occurred while processing this directive] [PCI]Wileńskie ŻycieReportaże




Inicjatywy społeczne
Wileńskie Życie
Wilno i Wileńszczyzna
O serwisie








Śliźniowie biją mu brawo

Gdyby dziś powstali z martwych Śliźniowie, byli właściciele położonego nieopodal Orzełówki majątku Lubów, zastaliby na swych włościach jakże opłakane widoki.
Jest wprawdzie w tym widoku z chaosem w tle ktoś, komu byli właściciele Lubowa uścisnęliby zapewne prawicę w dowód uznania i podzięki, że coś próbuje robić. To Jan Wojciulewicz.

Pracując przez 8 lat w charakterze agronoma od nawożenia w byłym kołchozie „Pikieliszki" zdążył gołym okiem zobaczyć, na ile sztuczny to twór.

Pierwsza przegrana bitwa

Kiedy więc w końcu lat 80. z Moskwy dmuchnęło pieriestrojką, i kiedy zapalano „zielone światło" przed czymś tak nowym, jak arendowanie ziemi u malowanych królów, jakimi były kołchozy i sowchozy, Wojciulewicz zaraz się zgłosił. Wiele zdrowia go kosztowało, by przekonać kołchozowych klerków w „Pikieliszkach", ażeby zezwolili spróbować mu gospodarować samodzielnie, choć nadal pod ich skrzydłem. Skrzyknąwszy do pomocy rodziców i wujka oraz wysoko podwinąwszy rękawy w robocie w liczone miesiące na widoku u wszystkich ucierał nosa kołchozowi, którego władza widząc, jak cielęta u Wojciulewicza rosną niczym na drożdżach, popadało w wyraźne zakłopotanie i co rusz szukało powodów, by rozerwać umowę o arendzie. Nastąpiło to już po roku. Zwrócił więc Wojciulewicz nieszczęsnemu kołchozowi 180 cielaków, które zdążyły urosnąć do kondycji okazałych bukatów, słysząc pokątne chichoty zawistnych sąsiadów. A „arendator" wiedział, że przegrał bitwę, ale nie wojnę w ogóle.
Tym bardziej, że na początku lat 90. na kołchozy niczym na Matyska przyszła kryska.

Niczym Cygan

Gdy jednak zaczęto zwracać ziemię i gdy inni już próbowali gospodarować na swoim, Wojciulewicz jako „wrag naroda" wciąż obijał progi pamiętliwych urzędasów. Aż wreszcie odmierzono mu 15,6 hektarów ojcowizny na własność.
Nim to nastąpiło, Wojciulewicz zdążył na szczerym polu, co to miało być niedługo jego własnością, pobudował od fundamentów okazałą oborę, wraz z magazynem za ścianą na 80 ton zboża i ze „stodołą" na jej strychu zdolną pomieścić 60 ton siana, by karmę mieć pod ręką. Rozliczoną na bydło i trzodę chlewną, bo wtedy jeszcze nie wiedział do końca, czemu w hodowli oddać pierwszeństwo. Nim przy tej oborze wyłoniło się z rusztowań pomieszczenie, gdzie miał zamieszkać, przez cały rok 1994 niczym Cygan wegetował w wagoniku na kołach, a dzień wyraźnie zlał mu się z nocą w krwawicy.

I popłynie mleczna rzeka

Zacząwszy od 4 krów dojnych i paru prosiaków, już po kilku latach doprowadził pogłowie do 36 krów i 70 warchlaków. I wtedy, kiedy na ich chów wyraźnie zaczęło brakować miejsca, poczuł Wojciulewicz, że wyrasta z pobudowanej obory, jak się w dziecińctwie wyrastało z kupowanych przez rodziców portek. Długo ważąc „za" i „przeciw" podejmuje wyraźnie karkołomną decyzję: w roku 1998 przenosi się do rozległej pokołchozowej obory w Lubowie, która świeciła pustkami. Wtedy też postawił wyłącznie na chów bydła mlecznego, nadając gospodarstwu specjalistyczne oblicze.
Dziś „oczkiem w głowie" farmera-Wojciulewicza jest 38 krów dojnych i 18 cielic, chowanych z myślą o reprodukcji stada. Plan docelowy widzi mu się pod postacią 120 chowanych krasul. Wtedy to z obory w stronę zlewni popłynie nie strumyk, a cała rzeczułka mleka.

Jak szybko?

To będzie równie, a może przede wszystkim zależało od tego, na ile szanowne państwo zechce w przyszłości hołubić wieśniaka. Na Zachodzie, gdzie rolnictwo jest powszechnie dotowaną branżą gospodarek narodowych, każdy chętny uprawy roli lub hodowli bydła może otrzymać na realizację zamysłu 5-procentowe kredyty, podczas gdy u nas te sięgają procent 11. Albo to, że w roku mleko skupują po 60 centów za litr przy kosztach oleju napędowego 1,80 Lt. W takiej sytuacji choćbyś na głowie stanął, zysków się nie doliczysz.
Tym bardziej w jego - Wojciulewicza sytuacji, kiedy co miesiąc musi zwracać po 800 litów jedynie odsetek za zaciągnięte u państwa kredyty. Tego roku nasz bohater będzie musiał wnieść pierszą ratę w wysokości 20 tys. litów ze 100 tysięcy, jakie swego czasu wziął „na kreskę" u państwa, by kupić materiały budowlane, sprzęt i inne niezbędności potrzebne do produkcji. Jeśli tego nie uczyni, zostanie okrzyknięty bankrutem. Jedyną jego „złotą żyłą" są pieniądze, które płyną z kombinatu mleczarskiego w Ucianie, dokąd codziennie wędruje po 400 litrów mleka. „Dobrze, że choć ten w czas się rozlicza" - dodaje lakonicznie Wojciulewicz. Bo przedtem niż zacząć z nim trzymać sztamę, mocno się oparzył u mleczarzy wileńskich. Kręcili, mącili, ociągali się miesiącami z opłatami, aż wreszcie zbankrutowali, a ich długi względem dostawców z końcami w wodę poszły.
Tych gorzkich doświadczeń za lata rolniczej „tułaczki" zgromadził 41-letni Jan Wojciulewicz tyle, że gruby żalnik mógłby spisać. Nie w jego to jednak stylu. Bo bardziej bliska sercu jest perspektywa, wobec której twarzą stoi, a nie którą ma za plecami.

„Przyjaźń", 8-14 listopada 2001 r.





Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych, 2001