







|

|
Osadnicy? Po prostu złodzieje...
Ale się porobiło! Mam na myśli skandal wokół zwrotu ziemi w Wilnie i na
Wileńszczyźnie. Historia na miarę Cosa Nostry. Powiązania działu regulacji rolnych ze
światem przestępczym, fałszowanie dokumentów, wymuszanie, włamania do biura i
kradzieże danych komputerowych, przeszukania, areszty... Do kompletu brakuje już tylko,
odpukać w niemalowane, jakiegoś zabójstwa. Sprawą zajmuje się już nie tylko
prokuratura, lecz też Urząd Dochodzeń Specjalnych i Urząd ds. Przestępczości
Zorganizowanej.
Nagle wszyscy przejrzeli na oczy. Prokuratura, politycy, litewskie mass media.
„Łapać złodziei!" - drą się najbardziej wpływowe dzienniki. Oczywiście
łapać, tylko co z tego, skoro najsmaczniejsze kęsy wileńskiej i podwileńskiej ziemi
zostały już rozszarpane. A przecież, gdy „łapać złodzieja!" krzyczała
lokalna polska prasa, posądzano nas o skłonność do mitomanii, złośliwość,
oczernianie państwa litewskiego i łamanie zasad etyki dziennikarskiej.(…)
W ciągu 10 minionych lat w okręgu wileńskim złożono około 100 tysięcy podań o
zwrot ziemi, pozytywnie załatwiono tylko nieco ponad 50 procent z nich. Czy mogło być
inaczej, skoro pracownicy działu regulacji rolnych tworzyli jedną „grupę
towarzyską" z przestępcami bandy „Dambrauskiniai". Ale jakiej bandy!? Żadne
tam prymitywne żule. Chłopaki tym się różnili od innych bandziorów, że
specjalizowali się w tzw. przestępstwach intelektualnych. W ubiegłym roku zasłynęli,
a nawet na pewnien czas znaleźli się za kratkami, dzięki głośnej sprawie fałszerstwa
kart kredytowych. Tak fachowo fałszowali, że litewskim specjalistom zabrakło
technicznych możliwości, by to udowodnić i chłopaków przyszło z aresztu zwolnić.
Kradzież ziemi na tle afery o fałszerstwo kart, to mały pikuś. Ale przypomnijmy
mechanizm przestępstwa. Był prosty jak drut. W okolicach Wilna, nie mówiąc już o
samej stolicy, popyt na ziemię jest większy niż podaż. Chcąc przenieść swój
nadział np. z głębokiej prowincji w miejsce bardziej prestiżowe, należy w jakiś
sposób odsunąć tych, którzy mają pierwszeństwo na odzyskanie łakomych kawałków.
Można to uczynić drogą fałszowania dokumentów lub niszczenia tych prawdziwych,
potwierdzających czyjeś prawo do zwrotu. Najcenniejszym, startowym towarem była w tej
sprawie informacja. Wiedząc, gdzie są prestiżowe parcele oraz kto się o nie ubiega,
można zdziałać wiele, szczególnie gdy ktoś się nie brzydzi łamaniem prawa.
Pracownicy działu regulacji rolnych się nie brzydzili. Sprzedawali bandziorom
informację o prestiżowych, a podlegających zwrotowi parcelach, by tamci mogli docierać
do prawowitych właścicieli i składać im propozycje nie do odrzucenia. Jedną z takich
propozycji było - w zamian za pomoc w zwrocie ziemi - podzielenie się działeczką na
pół. „Dambrauskiniai" zajmowali się też fałszowaniem niezbędnych do uzyskania
ziemi dokumentów, oczywiście za stosownym wynagrodzeniem. W dziale regulacji rolnych o
tym wiedziano, ale trefne kwity przyjmowano bez zmrużenia oka. A gdy już uzbrojony w
podrobione papiery szczęśliwy pretendent stawał się jeszcze szczęśliwszym
właścicielem upragnionej działeczki, chłopaki pukali do niego po raz drugi. Pod
groźbą poinformowania o fałszerstwie stosownych organów kazali sobie płacić za
milczenie. (…)
Był też inny sposób, już nie na parcele, lecz na związane z nimi krociowe zyski. Gdy
tylko szykowano jakąś działkę pod ważny inwestycyjny projekt, powiedzmy budowę
drogi, parkingu, stadionu, osiedla itp., natychmiast zjawiali się pretendenci na
niedużą, lecz strategiczną część tej działki. Wystarczyło mieć kilku świadków,
którzy twierdzili, że ta ziemia tytułem reprywatyzacji należy się panu „N" czy
„Z", by rzekomy właściciel mógł wypompować od inwestora potężne
odszkodowanie. A pamiętacie 3-hektarowe działki przyznawane na początku lat 90-ych
niektórym mieszkańcom wsi jako gospodarstwa indywidualne? Dzierżawcy tych działek z
czasem zyskiwali prawo ich pierwokupu. Sęk jednak w tym, że termin ich rejestracji
upłynął 6 lat temu. Nowych zarejestrować już nie można, poza tymi, które urzędnicy
w swoim czasie niechcący przegapili. I oto okazało się, że w niektórych wileńskich
starostwach tych „przegapionych" działeczek naliczono nie jednostki, lecz nawet po
pół tysiąca. Nieźle.
A oto jeszcze jeden sposób wyłudzania ziemi. Określiłabym go mianem „na zgniły
płot". W legalny lub na wpół legalny sposób obrotny obywatel za psi grosz
nabywał w prestiżowym miejscu walącą się stodołę, resztki fundamentów, zgniły
płot lub, powiedzmy, wychodek. Bez gruntu. Po pewnym zaś czasie właściciel składał
podanie o nabycie (za nominalną czyli minimalną cenę) parceli wokół swojej
nieruchomości. I nabywał.
Powyższe przykłady można mnożyć w nieskończoność, ale nie jest to moim celem.
(…) Wszak w demokratycznych państwach po ujawnieniu przestępstwa szuka się tego, kto
jest za nie odpowiedzialny.(…)
Wileński Sąd Okręgowy zastosował areszt tymczasowy wobec 26-letniej pracownicy działu
regulacji rolnych Aušry Ž. Urzędniczka ta była odpowiedzialna za ewidencję
związanych ze zwrotem ziemi dokumentów. Tylko ewidencję, ani ich nie podpisywała, ani
nie wysyłała do administracji okręgu wileńskiego. A jednak zasłynęła prawie jak
przywódczyni gangu.
Aušra Ž. wpadła po tym, gdy po wstępnym przesłuchaniu, w nocy rąbnęła z komputera
w swoim urzędzie dysk zawierający dane na temat akt związanych ze zwrotem ziemi. Poza
tym urzędniczka zerwała z jednym z banków umowę w sprawie dzierżawy sejfu, w którym,
jak się podejrzewa, przechowywała związane z aferą tajne dokumenty i łapówki. Gdy
sędzia śledczy przyparł dziewczynę do muru na okoliczność kradzieży dysku, ta
zalała się łzami: „Nie mogłam podejmować żadnych decyzji - szlochała, - gdyż pod
względem pełnomocnictw byłam tam druga po sprzątaczce". Jakoś to szlochanie nie
pasuje do przywódczyni gangu. Ani jej stanowisko, ani też wiek.
Powstaje pytanie: czy zostaną ukarani ci, którzy w tej aferze pociągali za sznurki? Czy
prokuratura dotrze do tych, dzięki którym w ciągu 10 minionych lat w stolicy, a także
w wileńskim i trockim rejonach, ponad 40 procent podań o zwrot ziemi nie doczekało
żadnej reakcji? Czy wytłumaczą się ci, którzy w ciągu minionych siedmiu lat ani razu
nie przeprowadzili kontroli, jak jest dzielona ziemia w wileńskich i podwileńskich
miejscowościach katastralnych? Czy urzędnicy działu regulacji rolnych ujawnią, ile i
jakiej ziemi posiadają? Gdy nowe kierownictwo wileńskiego powiatu próbowało to
sprawdzić, urzędnicy zawyli, że jest to tajemnica ujawniana wyłącznie w podatkowych
deklaracjach. I odesłali swoich zwierzchników do Inspekcji Podatkowej, którą
obowiązuje ustawowy zakaz ogłaszania takich informacji. Szukaj wiatru w polu.
Jednak cieszy już sam fakt, że organa praworządności wreszcie wetknęły kij w to
kłębowisko żmij, w jakie przekształciły się urzędy odpowiedzialne za zwrot ziemi.
Wicenaczelnik powiatu wileńskiego Zbigniew Balcewicz twierdzi, że obecna administracja
jest bardzo zainteresowana rozsupłaniem tego gordyjskiego węzła i przywróceniem
sprawiedliwości.
Nie jest to proste, należy im najpierw udowodnić, że brali udział w przestępstwie,
złapać za rękę. W ogóle trzeba do nich dotrzeć, bo, jak się okazało, po ujawnieniu
afery wielu z nich zapadło na „przewlekłe choroby", nie przychodzą do pracy, nie
można też ich przesłuchać. Ale niech się tym martwi prokuratura.(…)
Lucyna Dowdo, „Magazyn Wileński", grudzień 2001 r.
|